Canberra dzień z życia stolicy

Po wizycie w Sydney wycieczka po stolicy nasuwa jedno pytanie – dlaczego Canberra? Po stolicy jeździ się bardzo przyjemnie, na pewno nie jest tak zakorkowana jak inne wielkie miasta w Australii (to siódme co do wielkości miasto w kraju, z liczbą ludności nie przekraczającą 400tyś). Na próżno szukać tu wielkiego, robiącego wrażenie CBD pełnego drapaczy chmur, jest za to okazała neogotycka Katedra św. Krzysztofa (w której msze dla Polonii odprawiał sam Jan Paweł II) oraz nowoczesny budynek Parlamentu. Do Canberry mamy jednak sentyment gdyż niespełna kilka kilometrów od miasta napotkaliśmy pierwsze kangury leniwie skaczące w pobliżu drogi. Nasze towarzystwo nie wzbudziło w nich większego zainteresowania, postanowiły chwilę nam się poprzyglądać i udały się w dalszą podróż, a my razem z nimi.

Zanim jednak udaliśmy się do szarej stolicy odwiedziliśmy niewielkie miasteczko Goulburn, które reklamuje się jako pierwsze śródlądowe australijskie miasto gdzie każdy znajduje idealny balans między życiem a pracą. Największa atrakcja miasta to 15-metrowa rzeźba australijskiej owcy jednak nie ona była powodem, dla którego zjechaliśmy z Pacific Highway. W parku Belmore odbywał się jeden z najbardziej barwnych oraz popularnych festiwali The Multicultural Food and Dance Festival. Dla nas była to idealna okazja aby spróbować nowych smaków ale przede wszystkim spotkać się z kilkudziesięcioma grupami prezentującymi narodowe tańce z całego świata. Barwne stroje oraz egzotyczne pochodzenie uczestników festiwalu zatrzymały nas w tym miejscu na bardzo długo!

Goulburn
Goulburn
« 1 z 34 »

Zatłoczone Sydney czyli uroki metropolii

Podobno sama wizyta w Sydney wystarczy aby poczuć klimat Australii. Ciężko nam się z tym zgodzić zważywszy na fakt, że samo dojechanie do centrum miasta zajęło nam dwie godziny, nie wspominając już o poszukiwaniu parkingu. Jeśli planujecie tu kiedykolwiek przyjechać – zostawcie samochód najdalej od centrum jak to tylko możliwe (nie ma się co dziwić – populacja miasta jest praktycznie równa z populacją całej Nowej Zelandii).

Poza przygodami z naszym wesołym camperem, który okazał się za wysoki na wszystkie odwiedzone podziemne parkingi, Sydney zaskoczyło nas już tylko na plus. Centrum miasta (CBD) robi ogromne wrażenie już z daleka – widzisz te drapacze chmur i wiesz, że zbliżasz się do prawdziwej cywilizacji! Zarówno w ciągu dnia jak i wieczorami na ulicach panuje ogromny ruch, a weekendową porą ciężko o miejsce w zatłoczonych restauracjach. Urzekł nas również zapach tego miasta – mieszanka perfum z całego świata, egzotycznych kwiatów oraz morskiej bryzy.

Sydney to przede wszystkim marina wokół, której kręci się życie towarzyskie. Sam widok gustownych kawiarni oraz eleganckich restauracji olśniewa i naprawdę ciężko dokonać wyboru. Nie tylko obraz samej Sydney Opera House, będącej wizytówką miasta pozostanie nam w pamięci na dłużej ale i monstrualny Harbour Bridge, pod którym tłoczą się statki wycieczkowe wypełnione po brzegi turystami spragnionymi widoku obu atrakcji z bliska. Jest to jedno z miast, do któych zgodnie stwierdziliśmy, że musimy wrócić na dłużej!

Sydney Opera House
Sydney Opera House
« 1 z 18 »

Pacific Highway

Naszą podróż camperem po Australii rozpoczęliśmy od wielkiego miasta jakim niewątpliwie jest Brisbane. Kolejne dni miały upłynąć nam na powolnym podążaniu w kierunku Sydney, a docelowo Melbourne po słynnej Pacific Highway. Pierwsze rozczarowanie to fakt, że autostrada nie biegnie na tyle blisko brzegu aby jakkolwiek dostrzec przepiękne wybrzeże. Wizyta na Gold Coast zachęciła nas jednak do odwiedzenia kilku plaż po trasie. Drugie rozczarowanie to ilość potrąconych kangurów, które leżały na autostradzie, jak się okazuje Australia ma potężny problem z roadkill.

Jeden z noclegów zaplanowaliśmy w nadmorskim miasteczku Forster, które z uwagi na swoje położenie należy do popularnych wakacyjnych destynacji. Wizyta na One Mile Beach utwierdziła nas w przekonaniu, że był to dobry wybór! Gorący, delikatny piasek na szerokiej plaży był idealnym miejsce na spędzenie leniwego przedpołudnia.  Zaś krótka przejażdżka na Cape Hawke pozwoliła nam spojrzeć z góry na cała okolicę, która prezentowała się imponująco (soczyście zielony las, turkusowy odcień wody, a do tego rozległa złota plaża!)

One Mile Beach, Forster
One Mile Beach, Forster
« 1 z 21 »

Złoty piasek na Gold Coast

Są miejsca gdzie wysiadasz z auta i czujesz się jak w wysokobudżetowym amerykańskim filmie – takie właśnie jest Gold Coast! Ogromne hotele tuż przy brzegu z widokiem na turkusowe Morze Tasmana, wakacyjny raj – tak w skrócie można określić to miejsce. Złoty, delikatny piasek, ciepła woda i zapierający dech w piersiach widok mocno zurbanizowanego, nowoczesnego wybrzeża.

Gold Coast to mekka surferów oraz miłośników sportów wodnych i piaszczystych plaż. Cała masa atrakcji ulokowana jest wzdłuż wybrzeża: wystawy rzeźb z piasku, które mieliśmy okazję podziwiać z bliska, szkoły surferów, warsztaty dla dzieci. Nie brakuje oczywiście deptaków pełnych restauracji z owocami morza jak i sklepów – od tych wypełnionych chińskimi pamiątkami do ekskluzywnych marek modowych gigantów. Spacerując po okolicy poczuliśmy prawdziwie wakacyjny klimat, który dopełniały wielkie kolorowe miśki koala porozstawiane po kątach oraz ogromne pastelowe meduzy zawieszone nad naszymi głowami.

Gold Coast
Gold Coast
« 1 z 26 »

Smaki Brisbane

Kiedy wracasz na dłużej do miejsca, które znasz przestajesz ganiać z aparatem po mieście w poszukiwaniu atrakcji turystycznych. Zaczynasz szukać czegoś więcej niż budynków, parków oraz miłych widoków – chcesz doświadczyć czegoś bardziej autentycznego. Może  nie czujesz się jak w domu ale klimat miasta jest ci już znany. Lądując więc kolejny raz w Brisbane bliżej nam było do lokalsów niż chińskiego tłumu turystów.

W poszukiwaniu smaku miasta włóczyliśmy się niejednokrotnie bez konkretnego celu odwiedzając miejsca, w których dostrzegliśmy kulinarny potencjał. Na pewno warto zasmakować w tutejszym sushi, któremu bliżej tu do fastfoodu niż eleganckiego dania, za które nadal uchodzi w Polsce. Powód jest banalny łatwy dostęp  oraz szeroki wybór zarówno warzyw i owoców jak i ryb czy owoców morza.

Nasze kulinarne podróże z wiadomych powodów musiały uwzględniać cukiernie gdzie zajadaliśmy się słodkimi szarlotkami i donutami oraz całą masa ciasteczek o bardziej wyszukanych smakach. Jednak Australia to także świeżutkie owoce, których niezdołaliśmy sobie odmówić! Wielkie, soczyste mango kupione na cotygodniowym Brisbane City Farmers Market zniknęło w kilka minut, ze smakiem pałaszowaliśmy również bardziej egzotyczne smocze owoce oraz pospolite banany.

Brisbane
Brisbane
« 1 z 14 »

Auckland raz ostatni!

Naszą podróż rozpoczęliśmy jak i postanowiliśmy zakończyć
w Auckland. Miasto bardzo dobrze nam znane więc ciężko było znaleźć atrakcję, której jeszcze nie doświadczyliśmy.

Z przyziemnych rozrywek oczywiście zakupy w największym centrum handlowym – Sylvia Park. Nowoczesny oraz bardzo rozległy kompleks, w którym skumulowały się topowe nowozelandzkie marki jak również wielu międzynarodowych gigantów. Wybrany z powodu deszczowej soboty jako alternatywa dla pieszych wędrówek po centrum.

Ostatni dzień postanowiliśmy uczcić wycieczką na Fish Market, przed którym wzbranialiśmy się cały czas pobytu w mieście oraz rejsem na stylowy Devon Port. Pogoda sprzyjała więc pożegnalny spacer wzdłuż wybrzeża uznajemy za udany. Jeszcze tylko słodki torcik urodzinowo-walentynkowy na koniec dnia i wyruszamy w drogę do Australii!

Devon Port
Devon Port
« 1 z 15 »

Północ północy czyli Northland

Wyprawę na półwysep jakim jest Northland zaplanowaliśmy dość szczegółowo. Ze względu na ograniczony czas przemknęliśmy niezauważeni przez urocze miasteczko Orewa gdzie akurat miał miejsce jeden z wielkich letnich marketów. Naszym pierwszym przystankiem była dopiero odległa Paihia, wakacyjny kurort ze złotą plażą pełen restauracji oraz przytulnych hotelików położonych tuż przy wybrzeżu.  Noc spędziliśmy zaś na poszukiwaniu kiwi brunatnego na niezwykłej wyspie Aroha w samym sercu Bay of Islands.

Na przylądek Reinga dotarliśmy alternatywną trasą poprowadzoną przez Plażę 90 mil. Niesamowita przygoda! Dostępna w czasie odpływu tylko na własną odpowiedzialność plaża, która zamienia się w szeroką drogę prowadzącą ku krańcowi kraju – latarni morskiej na Cape Reinga. Obowiązkową atrakcją był również zjazd z wydm TePaki na desce (piaskowa sanna).

Noc postanowiliśmy spędzić nad jeziorem Waikaremoana w niewielkim, cichym miasteczku Rawene ożywającym tylko na czas przybycia promu. Wybrzeże Kauri zachęciło nas do odwiedzenia kilku punktów widokowych, Lasu Waipoua gdzie znajduje się największe drzewo Nowej Zelandii – agatis Tane Mahuta oraz dłuższego pobytu na malowniczej plaży Baylys Beach. Ostatnim przystankiem na słodziutkie ciastka było niewielkie Dargaville określane przez Nowozelandczyków jako Kumara Capital of New Zealand (rzeczywiście w regionie, co kilka kilometrów można kupić słodkiego ziemniaka prosto z pola).

90 Mile Beach
90 Mile Beach
« 1 z 33 »

StockCar & Drift

Bywają takie dni kiedy w całości poświęcamy się sportom motorowym. Ostatni weekend stycznia właśnie do takich należał.

Sobota upłynęła pod znakiem StockCar oraz jednej z głównych imprez sezonu – Championship Night. Gdzie do późnej nocy podziwialiśmy fantazję Kiwi przy budowaniu pojazdów oraz zaciętą walkę jaką prowadzili na torze. Sport z serii ekstremalnych jednak niespotykanych w Europie gdzie pojazdy podobne do buggy z silnikami kilkusetkonnymi ścigają się w kółko. Jazda w pełnym kontakcie skutkuje oczywiście wieloma poważnymi wypadkami, a czerwona flaga stopuje wyścig, co kilka minut nawet w ścisłym finale.

Niedziela to zupełnie inny, mniej egzotyczny klimat dla nas czyli drift. W okolicach przepięknego jeziora Taupo odbywała się trzecia runda zawodów Demon Energy D1NZ. Jak na wysoką rangę imprezy przystało samochody (głównie japońskie czyli odwrotne proporcje do europejskich standardów) bardzo dobrze przygotowane, wielu sponsorów oraz dość przyzwoity pokaz umiejętności na torze.

Demon Energy D1NZ
Demon Energy D1NZ
« 1 z 59 »

KIWI-etykieta czyli słowo o dobrych manierach

Nowozelandzki Serwis Internetowy Stuff przygotował listę 10-ciu zasad w formie przewodnika dla turystów jak powinni zachować się przybywając do Kraju KIWI. Opisałam je dla Was poniżej wraz z moim komentarzem w nawiasie. Miłej lektury jeśli wybieracie się na drugi koniec świata;)

1. Kiwi lubią skracać słowa oraz zmieniać ich znaczenie. (Tak zgadzamy się z tym, bardzo często urywają wyrazy w połowie przekonani, że będziemy wiedzieli co mają na myśli. Po prostu trzeba wyczulić słuch oraz zaangażować się mocno w prowadzoną rozmowę).

2. Należy być maksymalnie niezdecydowanym i mówić tak aby każde nasze zdanie brzmiało jak pytanie, najlepiej dodając „eh” na końcu. Jeśli się z kimś nie zgadzamy należy to grzecznie wyrazić najlepiej poprzez użycie „yeah… nah”. (Tak Kiwi rzeczywiście często używają form pytających w rozmowie wcale nie oczekując odpowiedzi, pozostaje nam tylko zaakceptować ten styl wypowiedzi).

3. Kiwi uwielbiają sandały latem ale nade wszystko kochają chodzenie na boso – nie oceniaj tego. Tak samo zdarzy ci się spotkać kogoś w piżamie nocnej w środku dnia w przestrzeni publicznej. (Całkowicie się zgadzamy, wszędzie spotykam ludzi, którzy chodzą na boso nie tylko w parku ale także na stacji benzynowej, w sklepie, na ulicy. Co do piżamy widzieliśmy jedną panią w bluzce od piżamy tak więc nie jest to powszechne zjawisko).

4. Kiwi lubią nosić odzież promującą NZ, dobrze będzie jeśli zakupisz coś z flagą czy mapą i będziesz manifestował tym miłość do tego kraju. (Zgadzamy się bardzo dużo osób nosi odzież z mapą  kraju zaś w domach znajdziecie wiele akcesoriów ze sklepów z pamiątkami – kubki, podstawki, ścierki).

5. Nie poruszaj tematu flagi. (Zgadzamy się, ludzie nie lubią o tym rozmawiać jest to wyraźnie drażliwy temat.  Wielu uważa projekt za marnowanie publicznych pieniędzy).

6. Naucz się rozróżniać co należy do Nowej Zelandii – jest to ważne dla przykładu Lorde, Pavlova, Phar Lap, Split Enz nie są australijskie. Jedyna rzecz, która należy do NZ i którą mogą mieć Aussie to Russell Crowe. (Odwieczna wojna z Australią o „prawa własności”, zauważyliśmy to z torcikiem Pavlova w Australii i drugi raz w Nowej Zelandii – każdy chce mieć do niego wyłączne prawa i twierdzi że pochodzi z jego kraju).

7. Jeśli ktoś zaprasza was na obiad, kolację etc z informacją „weź ze sobą talerz” oznacza to, że masz przynieść jedzenie. (Nikt nas jeszcze nie zaprosił na potluck, tak więc czekamy).

8. Zero żartów z owieczkami szczególnie o zabarwieniu zoofilią. (Zgadzamy się, choć można tu znaleźć mnóstwo gadżetów związanych z tym dość kruchym tematem.)

9. Kiwi nie lubą gdy się o nich źle mówi – nie róbcie rzeczy jak blogger Cassidy Boon, który taniec haka nazwał mizoginicznym tańcem, który powinien być zabroniony, a tutejsze kobiety Maori określił mianem „Gollum-looking chicks”. (Cóż każdy by się chyba zdenerwował na taką formę krytyki – choć z tymi kobietami to trochę pan Boon przesadził ale fakt niektóre wyglądają bardzo egzotycznie).

10. Naucz się odpowiedniego sposobu witania – tradycyjny to hongi i polega on na dotykaniu się nosami. (Nikt nas tak nie witał przynajmniej do tej pory, zaś samo hongi widzieliśmy tylko podczas Maori show).

Jeśli jesteście zainteresowani szczegółami – zapraszam do lektury:
http://www.stuff.co.nz/travel/kiwi-traveller/76160395/the-kiwi-etiquette-guide-for-travellers

Tropikalny Coromandel

Wakacyjna a wręcz tropikalna pogoda, której głównym winowajcą okazał się cyklon El Nino zawiodła nas wprost na słoneczny półwysep Coromandel, tłumnie odwiedzany przez Kiwi. Jest to miejsce znane przede wszystkim z rajskich plaż i zapierających dech w piersiach widoków rozciągających się ze zboczy krętych górkich dróg. Naszym głównym celem było więc plażowanie w każdym możliwym dostępnym tu stylu!

Przepiękna linia brzegowa usiana drzewami Pohutu oraz urokliwe centrum z małymi lokalnymi sklepami zatrzymało nas na dłuższą chwilę w miasteczku Thames, określanym jako wrota do półwyspu. Stąd naszą podróż w stronę rajskich plaż skierowaliśmy bespośrednio ku osławionemu miasteczku Coromandel, które rozmiarem bliższe jest osadzie jednak mnogość galerii oraz lokalni artyści nadają miejscu duszę  i rozsławia je na cały kraj.

Pierwszą rekomendowaną przez wszystkie przewodniki plażą była New Chum, która leży w całkowitej izolacji od cywilizacji, co niestety wiązało się z dość długą i ciężką przeprawą po kamieniach zwieńczoną leśną wędrówką.  Druga zdobyta przez nas plaża to Opito Bay szeroka, łatwo dostępna z wielkimi skałami dającymi cień tuż przy brzegu. Naszej uwadze nie umknęły również dwie najbardziej osławione czyli Hot Water Beach gdzie wraz z tłumem turystów przekopywaliśmy plażę w poszukiwaniu gorących źródeł  oraz Cathedral Cove z gigantyczną łukowatą grotą. Ostatnią perełką była Hahei pełna różowo-białego piasku, którą mieliśmy okazję podziwiać zarówno w słońcu jak i w blasku księżyca.

Hot Water Beach
Hot Water Beach
« 1 z 44 »